Seeane, miłego.
***
Wstaję i bez namysłu kieruję się do kuchni. Otwieram szafkę i wyciągam jakiś lek przeciwbólowy. Po chwili zastanawiam się, jak tam dobrnęłam. Utykanie na prawą nogę zdecydowanie nie jest moją aspiracją, szczególnie TERAZ. Z chęcią dałabym sobie spokój z tym wszystkim, ale nie potrafię.
Jak można czegoś nie potrafić i tego chcieć?
Wpatruję się w podłużną tabletkę bezmyślnie, odkładam ją jednak- znów podnoszę. Tym razem trafia ona jednak do zlewu. Boję się leków od dzieciństwa, a to, co jest w tych szafkach, to zapewne tylko tani syf, który "uśmierza" ból na pięć minut, tak jak większość lekarstw. Zresztą... Większy ból znosiłam w moim życiu. Psychiczny.
Żaden APAP nigdy mi nie pomógł.
Cóż, wracam do łóżka. Seth leży na fotelu; omiatam wzrokiem jego twarz. Cała jest w zadrapaniach. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły. Nie wiem też, jakim cudem się tu znalazłam. Leżę i myślę. Nagle Seth otwiera oczy. Mruga gwałtownie i spogląda na mnie. Podrywa się.
-W porządku?- pyta, marszcząc brwi.
-Czemu nie- odpowiadam, zakopując się pod kocem. Nie jest mi jednak dane bezczynne wylegiwanie się, bo Seth szybko siada obok mnie i podwija koc. Moje protesty na nic się nie zdają, więc daję mu w łeb poduszką. Zaraz uświadamiam sobie swoje dziecinne zachowanie. Chłopak z niezwykłym spokojem ogląda moją zabandażowaną kostkę.
Zabandażowaną.
-Ty mnie tu przyniosłeś?
Bez słowa kiwa głową.
-Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy.
Ocho, robi się ciekawie.
-Jakich...r z e c z y ?
Spogląda na mnie z rozbawieniem.
-Nie pamiętasz?
-Nie bardzo.
Rozglądam się po pokoju.
-Jak długo spałam?
-Dwa dni.
Popadam w panikę.
-Dałeś Spartanowi jeść?
-Tak, spokojnie. OK?
Oddycham głęboko. Wszystko jest w porządku. Zaraz, przecież nie jest! Co z polowaniami? Jedzeniem? Wodą pitną? Rzeka jest blisko, ale...
-Jesteś głodna?- pyta jakby nigdy nic.- Mamy bażanty.
-Skąd?- pytam nieufnie. Nigdy nie polował nikt inny niż ja.
-Upolowałem- przewraca oczyma.-No dalej, przecież cię nie zjedzą.
Czuję się jak ostatni debil. Po pierwsze, dopiero teraz zauważyłam, że nie mam kurtki tylko krótką bluzeczkę i spodenki. Po drugie, obsługuje mnie nieznana mi osoba, co jest dość żenujące, patrząc na to, jaka inteligentna byłam pozbawiając jej szans na lepszą przyszłość.
-Jesteś na nich wściekły?
Milczy.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo.-mówi. W jego oczach widzę ogień.- Dlatego, gdy tylko będziesz mogła chodzić, idziemy.
-Gdzie?
Seth patrzy na mnie zdziwiony.
-Jak to gdzie? Znaleźć Rapidaya i resztę.
-Jesteś pewien?
-Tak.
-Ale.. wiesz gdzie to jest? Masz jakieś wskazówki? -pytam.
-Nie-odpowiada.- Ale tu nie liczą się wskazówki, tylko determinacja.-zaciska pięści.-Nie mam zamiaru czekać bezczynnie i patrzeć na to, co wyprawia mój ojciec.
O rety. Wzdycham i opadam na łóżko. Czy nie tego chciałam? Odnaleźć oprawców, a potem sprowadzić na nich należytą karę? Spoglądam na Setha, teraz widzę go całkiem inaczej. To nie jest chłopiec na posyłki. Jak w ogóle mogłam tak pomyśleć? Wcale nie krył się z tym, że jest odpowiedzialny (jakby było to coś złego) ani z tym, że umie polować i jest dobrym strzelcem. Ale... to niebezpieczne. Ryzykuję naprawdę dużo. Jeżeli tam pójdę i mnie przyłapią to jestem na sto procent w więzieniu, jeżeli jednak nie... No właśnie. Ale gdybym wtedy nie zaryzykowała sześć lat temu... Kto wie, kim byłabym teraz.
Wpatruję się w twarz Setha. Zadrapania wyglądają okropnie.
-Gdzie się tak urządziłeś?
Uśmiecha się szelmowsko.
-Penny jest szybka.
Zamieram.
-Ona ci to zrobiła?- sama nie wiem, czy pytam, czy stwierdzam. Wstaję i kuśtykam do łazienki, wyciągam apteczkę i znajduję maść. W podskokach wracam do pokoju. -Trzymaj.
Spogląda mi w oczy.
-Dzięki.
Otwieram tubkę. Jedne zadrapania są głębsze, inne płytsze. Wszystkie smaruję z taką samą wprawą. Nie boję się w końcu, tak? To tylko zadrapania, zagoją się.
Po raz kolejny patrzę mu w oczy, i dostrzegam to, co tak często widzę w swoich. Ból.
Jak widać, są zadrapania które nigdy się nie goją.
Seth patrzy na mnie zdziwiony.
-Jak to gdzie? Znaleźć Rapidaya i resztę.
-Jesteś pewien?
-Tak.
-Ale.. wiesz gdzie to jest? Masz jakieś wskazówki? -pytam.
-Nie-odpowiada.- Ale tu nie liczą się wskazówki, tylko determinacja.-zaciska pięści.-Nie mam zamiaru czekać bezczynnie i patrzeć na to, co wyprawia mój ojciec.
O rety. Wzdycham i opadam na łóżko. Czy nie tego chciałam? Odnaleźć oprawców, a potem sprowadzić na nich należytą karę? Spoglądam na Setha, teraz widzę go całkiem inaczej. To nie jest chłopiec na posyłki. Jak w ogóle mogłam tak pomyśleć? Wcale nie krył się z tym, że jest odpowiedzialny (jakby było to coś złego) ani z tym, że umie polować i jest dobrym strzelcem. Ale... to niebezpieczne. Ryzykuję naprawdę dużo. Jeżeli tam pójdę i mnie przyłapią to jestem na sto procent w więzieniu, jeżeli jednak nie... No właśnie. Ale gdybym wtedy nie zaryzykowała sześć lat temu... Kto wie, kim byłabym teraz.
Wpatruję się w twarz Setha. Zadrapania wyglądają okropnie.
-Gdzie się tak urządziłeś?
Uśmiecha się szelmowsko.
-Penny jest szybka.
Zamieram.
-Ona ci to zrobiła?- sama nie wiem, czy pytam, czy stwierdzam. Wstaję i kuśtykam do łazienki, wyciągam apteczkę i znajduję maść. W podskokach wracam do pokoju. -Trzymaj.
Spogląda mi w oczy.
-Dzięki.
Otwieram tubkę. Jedne zadrapania są głębsze, inne płytsze. Wszystkie smaruję z taką samą wprawą. Nie boję się w końcu, tak? To tylko zadrapania, zagoją się.
Po raz kolejny patrzę mu w oczy, i dostrzegam to, co tak często widzę w swoich. Ból.
Jak widać, są zadrapania które nigdy się nie goją.
Jejku nie mogę ale zajebiste opowiadanie.Pisz szybko następne rozdziały.Czekamy...*_-
OdpowiedzUsuń