sobota, 13 lipca 2013
Rozdział XIII (cz.1) [Ciemna jak noc]
Liczyłam, że operacja wypali. Że Caine rozbroi komputer bez problemu, ja sobie ucieknę a Seth będzie wolny. Oddam mu ten pistolet, i wszystko będzie takie, jakie... było. Normalne?
Nie sądzę. Normalność to coś innego dla każdego człowieka, dlatego nie można oczekiwać że każdy uzna za normalne życie w lesie.
Ale ja nie powinnam być w szoku, gdy zobaczyłam Merlina. Człowieka, który zabijał. Mordercy.
Jednak byłam.
W gruncie rzeczy, to jakaś cząstka mnie wierzyła, że po tym, jak wysadziłam główną kwaterę Strażników, da sobie spokój, i mi również. Jednakże to byłoby zdecydowanie za proste.
Rzucam szybkie spojrzenie Crystal i Caine'owi. Chłopak majstruje coś przy maszynie, a dziewczyna celuje z pistoletu prosto w Merlina.
Lecz nie strzela.
-Jeżeli strzeli którekolwiek z was, zaraz zjawi się tu tuzin strażników, którzy zakują was w kajdanki bez najmniejszego mrugnięcia. Pannę Florence jako pierwszą, lecz to powinno już być swego rodzaju tradycja, nie sądzi panna? Bo ja tak.-syczy. Przypomina mi jaszczurkę.
Tym razem patrzę mu prosto w oczy. I odrzuca mnie.
Mimo, że on i Seth to rodzina, nie mogę w żaden sposób identyfikować ich ze sobą. W oczach jego syna można było zobaczyć nieufność, oburzenie i butę. Niesamowitą butę. Jednak w jego, podobno to ojcowskich, nie było widać nic.
One były puste.
Opuszczam wzrok i czuję się, jakby ktoś walnął mnie w plecy z całej siły i pozbawił powietrza.
Merlin zawsze chodził w kretyńskim mundurze, udając bossa, hardcore'a, który nie ma nic do powiedzenia osobnikom słabszym od siebie.
Teraz jest inaczej.
Generał ma na sobie długi, czarny płaszcz, zapinany posiadający trzy klamry: jedna na wysokości klatki piersiowej, druga w talii, a trzecia owijająca ramię. Wszystkie wykonane solidnie, z dobrego, ciężkiego metalu.
Nie miałabym nic przeciwko, gdybym nie miała świadomości, do K O G O należy to odzienie.
-Oddawaj to.-szepczę. Ręka zaciska mi się sama.-Oddawaj!-wrzeszczę. Rzucam się na niego z pazurami, a Crystal rzuca wszystko i pędzi do mnie, szarpiąc się z magazynkiem. Mnie nie obchodzi jednak nic. Paznokcie piszczą, a ja drapię go tak zajadle, że sama jestem w szoku. Moja wściekłość.
Nóż. Łuk.
W mgnieniu oka zostaję powstrzymana. Merlin chwyta mnie za rękę i trzyma. Nie wygina ani nie próbuje łamać, po prostu trzyma.
-Złodziej!-krzyczę mu prosto w twarz.
Przewraca oczami.
-Kochanie, to było do przewidzenia- dowiesz się. Jasne. Ale czy to coś zmienia? Nie. Ja pokonałem Matthewa. Więc miałem prawo wziąć ten płaszcz. A że jest solidnie wykonany... A ty, malutka, jeżeli wystrzelisz, to zginiecie wszyscy.-spogląda na mnie. W jego oczach widzę błysk.-Mam genialny pomysł. To co... może pojedynek? Jeden na jednego.
-O czym ty bredzisz?-warczę.
-Jeżeli wygrasz, oddam ci płaszcz. I mojego bezużytecznego synka. Jeżeli przegrasz...-uśmiecha się szeroko swoim rekinim uśmiechem.-Trafiasz do celi. Twoi przyjaciele z tobą. A z moim synkiem porozmawiam poprzez prąd. Patrz, jest tu nawet synek Celestii.-wskazuje na Caine'a.-Jak widzę, wpadł.
Unoszę głowę do góry. Nawet nie muszę tego przemyśliwać.
-Zgoda. Jak?
-Szczerze? Nie sądziłem, że się zgodzisz. Ale skoro... Szabla?
Szabla? A skąd ja mam wiedzieć, jak się nią posługiwać?
-Dobra. -mam doświadczenie z wieloma ostrzami w życiu, więc jakoś to będzie. Merlin podaje mi ją w mgnieniu oka. Sam też dobywa jednej.
Pytanie: skąd?
-Zaczynamy.
Kiwam głową. Módlmy się, bym jednak okazała się dobrym szermierzem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz