sobota, 17 sierpnia 2013

Rozdział XIV cz.1 [Chwila Szczerości]

ROZPOCZĘCIE CZĘŚCI DRUGIEJ
CZARNY STRZELEC
ROZDZIAŁ XIV CZ.1
***



Budzę się całkiem sama. W pokoju, oczywiście.

Dom w końcu wcale nie jest pusty; ja spałam na kanapie w salonie, Seth na podłodze pod moją wersalką, Crystal w sypialni, a Caine... nie mam zielonego pojęcia.

Na początku okropnie było mi żal Setha, bowiem Crystal zajęła najwygodniejsze łóżko w całym domu, a Seth... Nie był w najlepszej formie fizycznej. Nie chciał się zgodzić na zamianę ze mną, stawia sobie swój męski honor ponad wszystko.

Wczoraj dowiedziałam się, co tak właściwie się stało w Wieczornej Warcie. Merlin przycisnął mnie do ziemi szybko, za szybko, ale Crystal uporała się z zaciętym magazynkiem. Udało jej się postrzelić go w nogę i spowolnić na tyle, że Seth zdołał zejść z obręczy, wciąć mnie i zwiać. Crystal zabrała płaszcz, a Caine samego siebie, no i tak oto dotarliśmy do domu.

Wracając do Crystal, byłam mocno zdziwiona, że oszczędziła Merlina. Gdy ją o to zapytałam, odparła, że nie chce mieć nikogo na sumieniu.

Musi się jeszcze wiele nauczyć.

Światem rządzą układy, powiedział mi kiedyś jakiś nauczyciel w szkole. Nie zrozumiałam, ale teraz wydaje mi się, że wiem, czym one są.

Mimo to, nie byłabym w stanie wrócić do więzienia, a więc tak oto wyrównuje się jej dług: a może nawet... rośnie mój?

Choć jestem w miarę opanowana to mam świadomość, że mój spokój nie potrwa długo. Merlin będzie teraz ścigał nie tylko mnie, ale i Crystal, i Caine'a, no i... Setha. Ale co ja mogę zrobić? Sami wybrali sobie taki los.

Spoglądam na Setha śpiącego pod moim posłaniem: przywodzi mi na myśl psa, którego kiedyś oswoiłam.
Biedak, został rozszarpany przez swoich pobratymców.

Moje myśli znów zmieniają kierunek (może Caine miał rację z tym całym gadaniem o mojej psychice): zastanawiam się teraz, co porabia mój ukochany, ale i okrutnie przeze mnie potraktowany, zawsze pojawiający się na zawołanie i czytający w myślach Spartan. Czy jakoś sobie radzi z szalejącą, niepoukładaną pogodą? Ma co jeść?

Postanawiam wstać. Bezszelestnie przeskakuję nad Sethem i zadowolona z lądowania, szczerzę zęby sama do siebie. Wyprostowuję się i już mam zamiar ruszyć przed siebie, gdy nagle ktoś łapie mnie za nogę tak, że się potykam i zaliczam spotkanie z podłogą.
Bliskie spotkanie.

-Seth, co ci odwaliło?-syczę i próbuję się oswobodzić z uścisku. On jednak nie puszcza, więc w akcie zemsty posyłam mu kopniaka.

Aż trzaska.
-Co ci odbiło?- pyta, rozmasowując sobie nos. Podrywa się z podłogi.

-A tobie?- warczę, odsuwając się i kucając w najdalszym kącie pokoju.-Obmacujesz moje nogi!
Teraz to Sethowi szczęka opada. Ja tylko udaję, że się bulwersuję, bo sytuacja z niezręcznej przerodziła się w zabawną. A widok Setha z rozczochranymi włosami, w dodatku bez koszulki, rozbawia mnie na dobre.
Huśtawka nastrojów.

Widocznie ja też muszę wyglądać komicznie, skoro chłopak osuwa się na posadzkę i, opierając się głową o wersalkę, zaczyna się śmiać.

I tak po prostu się śmiejemy.
Dopiero teraz jestem w stanie czuć ulgę. Chyba w jakiś sposób czułam się odpowiedzialna za Setha. Bo niby czemu nie? Dałam mu wolną rękę, a on został. Albo wrócił...

-Nieźle.-spogląda na sufit.
Nadstawiam uszu.
-Co "nieźle"?

Seth jednak nic nie mówi. Patrzy tylko przed siebie.

-Święty spokój- mruczę. Wstaję i bezceremonialnie wparowuję do pokoju, w którym śpi Crystal: tam znajduje się w końcu szafa. Żona właściciela będzie wściekła, jak zobaczy ten syf, który jej narobiłam, ale już niezbyt mnie to rusza.

Przeglądam jej ubrania, prawie w ogóle nie zwracając uwagi na Palczatkę, która słodko sobie chrapała. Wiedziałam, że to ja jestem odpowiedzialna za zrobienie śniadania.

No chyba żartuję.

Wyciągnęłam pierwszy lepszy podkoszulek i szorty. Włosy związałam sznurkiem leżącym w kuchni, i otworzyłam drzwi, zostawiając ich na pastwę losu.

Gdzie mój łuk? To pytanie nasuwa się, gdy dostrzegam niewielką wronę. Łapię się za głowę: mój stary wyrzuciłam, a ten supernowoczesny, z tymi niezwykłymi opcjami... Porzuciłam go na podłodze.
O rany.

Torba z moimi przyrządami... zgubiłam ją.
O rany.

-Nie zapomniałaś czegoś?- Seth opiera się o ścianę, ubrany w swoje standardowe spodnie i kurtkę.
Serio?

-Nie, wszystko w porządku. Idę na polowanie, będę sobie chwytała bażanty własnymi rękoma.
Wzdycha.

-Bądź poważna.
-Nie potrafię.

Nagle, po chamsku, zostaję przygwożdżona do ściany. Czuję jego dłonie na swoich łopatkach. On spogląda mi prosto w oczy.

-Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć.
Przełykam ślinę.

-Zawsze?
-Zawsze.
-Ale co to ma do łucznictwa?
Widzę, że przez pobyt u ojczulka się zmienił. Zmieniły mu się oczy.

Nie widziałam nigdy takich oczu, nie u niego.

Bywał złośliwy, bywał denerwujący, irytujący, prowokujący. Mówił sarkastycznie, kpił.

Ale potrafiłam odróżnić człowieka, który wiedział, że może osiągnąć wszystko bez wysiłku z człowiekiem, który wiedział, że jeżeli ma coś zdobyć, to musi o to walczyć.

A ja wiedziałam: że będę walczyła u jego boku.
To się czuje.

Upadłam zbyt  nisko. Mam zawroty głowy. Nigdy, przenigdy nie myślałam o tym, że kiedyś zabujam się w jakimś chłopaku. Nie miałam planów, związanych z rodziną, ba, nie miałam już rodziny, więc jak mogłabym ją kiedykolwiek mieć ponownie?

Nie sądziłam, że będę w stanie komuś zaufać. A na pewno tą osobą nie miał być on.
Seth Merlin, syn największej szychy w państwie.

Syn największego potwora na świecie.

-Teraz rozumiesz?- pyta, lekko się uśmiechając.

Nie, Seth, krzyczę w myślach, nie! Przecież my się nie znamy prawie w ogóle. Dlaczego to musiał być on? Wolałabym już wiewiórkę!

Wiewiórka nie była mi pisana.

-To idziemy? Znam ich od dziecka, oni będą głodni.

Potakuję. W miejscu, w którym Seth położył swoje dłonie, czuję teraz przyjemne ciepełko, choć może to tylko złudzenie? W końcu na dworze jest bardzo ciepło.

Okazuje się, że zabrali także mój łuk. Nie wiem nawet, kiedy, ale tak się stało, i nie przeszkadza mi to w ogóle. Po kilku minutach zapełniam torbę, którą skądś wyciągnął Seth, ptakami. Wracamy do chatki, a ja biorę się za skubanie bażantów.

Jako że prądu nie ma, to urządzamy sobie grilla. Rozpalam ognisko, nakłuwam ptaka na patyk i siedzę.
Przyzwyczaiłam się do tego.

Ponownie pogubiłam się w liczeniu czasu. Ile minęło, odkąd śnieg stopniał? Od kiedy możliwe jest chodzenie w skąpych ubrankach?

Ja naprawdę wariuję.

Po dziesięciu minutach bezmyślnego wpatrywania się w niebo, mój święty spokój zakłóca Crystal, upiornie wyglądająca z tymi swoimi palcami, a raczej ich brakiem. Siada na schodach i gapi się na mnie.

-Oczy ci wylecą- warczę. Próbuję skupić uwagę na szumie rzeki, na śpiewie ptaków, na czymkolwiek innym niż na Crystal.

Nie udaje mi się to, wręcz przeciwnie. Znów się irytuję.

-To był błąd, brać cię ze sobą- zgrzytam zębami.

Crystal szczerzy zęby i zakłada nogę na nogę.

-No to, jak to jest z tobą i Sethem?

I co ja mam odpowiedzieć? Jakbym sama się nad tym nie zastanawiała.

O rany.

-Ty chodzisz z Sethem?
-No wszędzie chodzimy. A właściwie to chodziliśmy. Po lesie, po jaskiniach, przy rzece...
Crystal miała na myśli takie chodzenie!

Pewnie mam głupi wyraz twarzy, ale naprawdę mnie zamurowało.
I w tym momencie z lasu wyłania się Seth.

Crystal zaciera ręce, a jej oczy błyszczą z podekscytowania. Wstaje i podchodzi do niego, łapie za rękę w łokciu, i ciągnie go do kłody, na której siedzę.

-Nareszcie sobie szczerze porozmawiamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz