środa, 10 kwietnia 2013
Rozdział III [Nie takie zwyczajne polowanie]
Słońce jakby otrząsnęło się ze snu i ponownie wykonuje swoją pracę. Ja też- chodzę i szukam bażantów lub innych ptaków, które nadałyby się do zjedzenia. Teraz na polowanie chodzę częściej. Seth je więcej ode mnie.
Powiem szczerze, że zastanawiam się,po jakie licho zabrałam go z tego jeziora. Tylko je, pije, a ja muszę zabijać o każdego ptaka za dużo. Jednak są tego dobre strony.
Jeden moment nieuwagi wystarcza żeby bażant, leniwie przechadzający się po łące, stracił życie. Łuk dalej trzęsie się w mojej dłoni niespokojnie, cięciwa jest ciągle napięta.
Mam wrażenie, że naprawdę wariuję.
Spartan grzebie w ziemi, jest na pewno głodny. Przygryzam wargę. Będę musiała wrócić do chaty, dać mu jeść. Z Sethem będzie to trudniejsze, niebezpieczniejsze. Jestem pewna, że obstawili las dodatkową strażą.
Sądzę, że byłoby im łatwiej, gdyby namierzyli telefon Setha, a raczej jego pozostałości. Cóż, mój akt nienawiści do wszelakiego rodzaju elektroniki jest... hm, dość brutalny.
Pakuję ptaka do torby i rozglądam się za ciągle zaspaną wiosną. Rok, dwa lata temu o tej porze podziwiałam las, żyjący własnym życiem, gdzieniegdzie upstrzony wiosennym kwieciem. Było mi ciepło, miło i przyjemnie.
Wsiadam na konia i galopujemy razem do "domu". Czuję, że coś jest mocno nie tak z moją łydką. Albo koń się znieczulił, albo ja coś nawalam.
Seth siedzi, zupełnie zobojętniały. Jego wzrok utkwił w mojej procy.
-Robota własna?- pyta.
-No chyba raczej nikt mi jej nie zrobił.
Patrzy na mnie podejrzliwie.
-A Tony?
Moje nerwy puściły. Byłam pewna, że jestem stuprocentowo spokojna, lecz widocznie to było tylko złudzenie.
Irytuje mnie sama myśl na temat strażnika. To długa i skomplikowana historia.
Zaczęło się od tego, że gdy w wieku dziesięciu lat trafiłam do paki, ratunkiem i opoką był jeden z pracowników więzienia, Tony. Był inny niż reszta: nie bił, nie osądzał. Wyżalałam mu się. Był jedyną osobą, której ufałam.
To on zaproponował mi ucieczkę. Było ciepłe lato, przynajmniej tyle mi mówił. Wyprowadził mnie z celi i wręczył wielką torbę: torbę, w której miałam mój zestaw przetrwania.
-Idź i nigdy więcej nie wracaj-powiedział mi na odchodnym. Uciekłam, ale kamery zarejestrowały wszystko, mimo że wyłączył je na chwilę.
Raz, jedyny raz spojrzałam za siebie. To był mój największy błąd.
Widziałam, jak inni pakują mu kulkę w głowę.
Zwiałam- to było najważniejsze. Nigdy nie obwiniałam się o to, co się stało. Poznałam Tony'ego na tyle dobrze, że wiedziałam, kim jest, i jak bardzo pragnął mojej wolności.
-Był moim przyjacielem-warczę. Rzucam skórzaną torbę chłopaka prosto na jego nogi. Uśmiecham się gorzko- Twoje śniadanie, obiad i kolacja.
Prycha z oburzeniem, niczym obrażony kot. Otwiera jednak pakunek. Na jego twarzy pojawia się zadowolenie. Cóż, pewnie niecodziennie jadał bażanty.
Sama stoję i wpatruję się w niego. Zastanawiam się, kiedy nauczyłam się polować. Jedenastolatka z własnoręcznie robionym łukiem w dłoni, marząca o karierze weterynarza. Kim się stałam teraz? Siedemnastolatką, która uratowała konia (cóż, przynajmniej pobawiłam się w weterynarza), strzelająca z procy, łuku i pistoletu, na którą poluje cała lokalna władza. Jeżeli wysłałabym gdzieś moje CV, z pewnością byłoby ono barwne.
-Jest problem. Jesteś dla mnie nie lada kłopotem.
Odrywa wzrok od ptaka.
-To daj mi z godnością odejść.
-Nie.
-No więc widzisz.
Jasny gwint.
-Masz rację.- czuję, jak mała żaróweczka zapala się nad moją głową.- Od jutra to nie tylko ja będę odpowiedzialna za polowanie.
Prawda powoli do niego dochodzi.
Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? To przecież tak proste i genialne! Nauczę go polować, więc nie ja sama będę odpowiedzialna za "wykarmianie" nas wszystkich.
-Ale to nie wszystko-mówię.- Najpierw musimy się... -szukam odpowiedniego słowa.-przeprowadzić.
Wyczuwam męczącą wędrówkę, bowiem na drugi koniec lasu. Ale w końcu ja tu wydaję polecenia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Zajefajny blog.Pisz tak dalej.Czekam na ciag dalszy...:)
OdpowiedzUsuń