Nie jest trudno nauczyć Setha łucznictwa. Jest dosyć pojętny, jeśli o to chodzi. Ma cel i oko.
Mam nadzieję, że nie użyje broni przeciw mnie.
Szczerze- wątpię w to. Czuję, że nie chce wracać do Sanossy. Zastanawiam się, dlaczego. To w żaden sposób nie zniszczyłoby jego reputacji, nie naruszyło godności. O co więc chodzi? Chyba się tego nie dowiem.
Jesteśmy już w połowie drogi do chatki leśnika. Niewielki domek, w którym rzadko co prawda, ale czasami bywał jego właściciel, cieszył się u mnie nadzwyczajnym powodzeniem. Po pierwsze: trzymałam tam siano dla mojego Spartana, po drugie: był dobrym schronieniem na ostrą zimę.
Ruszamy przed siebie. Po kilkunastu minutach docieramy na łąkę. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Łąka, jak łąka. Już dosyć zielona, szeroka jak zawsze. Po niej stąpa jednak stado bażantów. Jest ich co najmniej kilkadziesiąt!
Bez zastanowienia nakładam strzałę. Upatruję sobie tłuściutkiego ptaka, leniwie kroczącego nieopodal stada.
Hyc! Strzała przeszywa jego bok. Co najdziwniejsze, reszta bażantów nie ucieka ani nie wygląda na przestraszonych. Dziobią ziemię-wcale nie zauważają różnicy.
Serce bije mi szybciej. Tyle bażantów! Odwracam głowę i spadam na ziemię. Seth. Czyli że jednak mogę ustrzelić więcej niż zazwyczaj.
-Strzelasz?-pytam. Wręczam mu łuk i kołczan. Strzały trzepoczą niecierpliwie.
Unosi brew pytająco.
-No dalej- niecierpliwię się. -Masz okazję, to postrzelaj.-milczę przez chwilę.- To się przydaje w... -znów szukam słów.Nie powiem po prostu "lesie", to w końcu nie jest tylko las. -Tutaj.
Chwyta łuk i bez słowa celuje. Kolejny bażant traci życie.
Zastanawiam się, jakim cudem te ptaki jeszcze mi nie obrzydły. W końcu to właśnie je jadam najczęściej, przez siedem lat.
-Trzymaj.-oddaje mi łuk. Siada na trawie i zaczyna bawić się źdźbłem. -Mogę cię o coś spytać?
-Hm?- prostuję się automatycznie.
-Pytanie. Dlaczego ich zamordowałaś?
Uderzenie w klatkę piersiową. Po prostu odbiera mi dech.
-Nie ja.
Milczę, bo wiem, że padnie kolejne pytanie. Albo twierdzenie: jesteś potworem, monstrum. Rodziców. Własnych. Mimo wszystko, to nie ja.
Pewnie nie jedną osobę zastanawia fakt, dlaczego trafiłam do więzienia. To długa historia, ale streszczę ją najlepiej jak umiem.
W dniu moich dziesiątych urodzin miało być niewielkie przyjęcie. Rodzice przygotowali mi je. Mama upiekła tort, tata nadmuchał balony. Jednakże nie wszystko poszło z planem.
Gdy zdmuchiwałam świeczki, ktoś wyskoczył zza firanki. Był ubrany na czarno. A potem była już tylko czerwień.
Strażnicy orzekli jednogłośnie, że to ja. Ja- morderczyni. Dziesięciolatka.
Przegięcie? Chyba nie za bardzo, skoro to JA siedziałam za kratami rok. Okrąglutki rok.
-I ty im wierzysz, tak? Wierzysz kłamcom, którzy cię omamili? Wierzysz ojcu?! Nie powinieneś! On kłamie, wszyscy kłamią.
-Nie powiedziałem, że wierzę- wstaje. Patrzy mi prosto w oczy. -Rozumiemy się?
Kiwam głową i szczerzę zęby.
-Oczywiście.
Jest pewnie sfrustrowany, i wcale się mu nie dziwię.
-Wiesz...-mówię.Wyjmuję strzałę z kołczanu i głaszczę ostro zakończony grot.-Zastanawiałam się, jak żyć z takim potworem, jak twój ojciec.
Seth zamiera. Liczyłam, że się wścieknie: tymczasem on tylko kiwa głową.
-Wiesz, ja zastanawiam się tak już osiem lat i dalej nie doczekałem się odpowiedzi.-milczy przez chwilę. -Idziemy?
Kiwam głową. Chowam bażanty do torby. Na dnie grzechocze pistolet.
Spartan przez cały czas zachowywał się tak cicho, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności. Klepię go po szyi, mam szczerą nadzieję, że szybko i bezpiecznie dojdziemy do chaty.
W ciszy wędrujemy przez las. Wartki, dość głęboki strumień wstążeczką przecina nam drogę. Nabieram wody do butelki po mleku, jak i do mojej, starej. Odkąd wyruszyliśmy, minęły już co najmniej dwie, trzy godziny. Słońce rozpędziło resztki chmur, pozostał już tylko czysty błękit.
Czym bliżej chaty leśnika, tym bardziej się niepokoję. Co, jeżeli go zastaniemy? Wtedy mamy, a raczej mam gwarantowane więzienie. Mimo że leśnik zna mnie i lubi, a raczej lubi ptaki, które upoluję, to jednak nie mam do niego zaufania.
W końcu widzimy mały, zadaszony domek, ukryty dobrze wśród drzew. Drzwi jak zwykle są otwarte. Spartana wstawiam do stajni, która stoi za nim. Właściwie nie jest to stajnia, tylko spory magazyn. Rozrzucam trochę siana i szybko wchodzę do chaty.
Od razu zabieram się za rozpalenie ognia. Seth siada w fotelu-obwiązał sobie głowę, ma tempo. Spogląda na mnie co chwila.
W głowie układam sobie listę pytań, które muszę mu zadać, i odpowiedzi na te, które zada mi on.
Ruszamy przed siebie. Po kilkunastu minutach docieramy na łąkę. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Łąka, jak łąka. Już dosyć zielona, szeroka jak zawsze. Po niej stąpa jednak stado bażantów. Jest ich co najmniej kilkadziesiąt!
Bez zastanowienia nakładam strzałę. Upatruję sobie tłuściutkiego ptaka, leniwie kroczącego nieopodal stada.
Hyc! Strzała przeszywa jego bok. Co najdziwniejsze, reszta bażantów nie ucieka ani nie wygląda na przestraszonych. Dziobią ziemię-wcale nie zauważają różnicy.
Serce bije mi szybciej. Tyle bażantów! Odwracam głowę i spadam na ziemię. Seth. Czyli że jednak mogę ustrzelić więcej niż zazwyczaj.
-Strzelasz?-pytam. Wręczam mu łuk i kołczan. Strzały trzepoczą niecierpliwie.
Unosi brew pytająco.
-No dalej- niecierpliwię się. -Masz okazję, to postrzelaj.-milczę przez chwilę.- To się przydaje w... -znów szukam słów.Nie powiem po prostu "lesie", to w końcu nie jest tylko las. -Tutaj.
Chwyta łuk i bez słowa celuje. Kolejny bażant traci życie.
Zastanawiam się, jakim cudem te ptaki jeszcze mi nie obrzydły. W końcu to właśnie je jadam najczęściej, przez siedem lat.
-Trzymaj.-oddaje mi łuk. Siada na trawie i zaczyna bawić się źdźbłem. -Mogę cię o coś spytać?
-Hm?- prostuję się automatycznie.
-Pytanie. Dlaczego ich zamordowałaś?
Uderzenie w klatkę piersiową. Po prostu odbiera mi dech.
-Nie ja.
Milczę, bo wiem, że padnie kolejne pytanie. Albo twierdzenie: jesteś potworem, monstrum. Rodziców. Własnych. Mimo wszystko, to nie ja.
Pewnie nie jedną osobę zastanawia fakt, dlaczego trafiłam do więzienia. To długa historia, ale streszczę ją najlepiej jak umiem.
W dniu moich dziesiątych urodzin miało być niewielkie przyjęcie. Rodzice przygotowali mi je. Mama upiekła tort, tata nadmuchał balony. Jednakże nie wszystko poszło z planem.
Gdy zdmuchiwałam świeczki, ktoś wyskoczył zza firanki. Był ubrany na czarno. A potem była już tylko czerwień.
Strażnicy orzekli jednogłośnie, że to ja. Ja- morderczyni. Dziesięciolatka.
Przegięcie? Chyba nie za bardzo, skoro to JA siedziałam za kratami rok. Okrąglutki rok.
-I ty im wierzysz, tak? Wierzysz kłamcom, którzy cię omamili? Wierzysz ojcu?! Nie powinieneś! On kłamie, wszyscy kłamią.
-Nie powiedziałem, że wierzę- wstaje. Patrzy mi prosto w oczy. -Rozumiemy się?
Kiwam głową i szczerzę zęby.
-Oczywiście.
Jest pewnie sfrustrowany, i wcale się mu nie dziwię.
-Wiesz...-mówię.Wyjmuję strzałę z kołczanu i głaszczę ostro zakończony grot.-Zastanawiałam się, jak żyć z takim potworem, jak twój ojciec.
Seth zamiera. Liczyłam, że się wścieknie: tymczasem on tylko kiwa głową.
-Wiesz, ja zastanawiam się tak już osiem lat i dalej nie doczekałem się odpowiedzi.-milczy przez chwilę. -Idziemy?
Kiwam głową. Chowam bażanty do torby. Na dnie grzechocze pistolet.
Spartan przez cały czas zachowywał się tak cicho, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności. Klepię go po szyi, mam szczerą nadzieję, że szybko i bezpiecznie dojdziemy do chaty.
W ciszy wędrujemy przez las. Wartki, dość głęboki strumień wstążeczką przecina nam drogę. Nabieram wody do butelki po mleku, jak i do mojej, starej. Odkąd wyruszyliśmy, minęły już co najmniej dwie, trzy godziny. Słońce rozpędziło resztki chmur, pozostał już tylko czysty błękit.
Czym bliżej chaty leśnika, tym bardziej się niepokoję. Co, jeżeli go zastaniemy? Wtedy mamy, a raczej mam gwarantowane więzienie. Mimo że leśnik zna mnie i lubi, a raczej lubi ptaki, które upoluję, to jednak nie mam do niego zaufania.
W końcu widzimy mały, zadaszony domek, ukryty dobrze wśród drzew. Drzwi jak zwykle są otwarte. Spartana wstawiam do stajni, która stoi za nim. Właściwie nie jest to stajnia, tylko spory magazyn. Rozrzucam trochę siana i szybko wchodzę do chaty.
Od razu zabieram się za rozpalenie ognia. Seth siada w fotelu-obwiązał sobie głowę, ma tempo. Spogląda na mnie co chwila.
W głowie układam sobie listę pytań, które muszę mu zadać, i odpowiedzi na te, które zada mi on.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz