sobota, 31 sierpnia 2013

Rozdział XIV cz.2 [Chwila szczerości]

W życiu każdego z nas nadchodzi taki moment, kiedy zdajemy sobie sprawę ze swoich największych błędów.

Ja nie żałowałam niczego. Żyłam jak żyłam, wierząc w zasadę "A niech się dzieje co chce" (o ile można nazwać to zasadą). Z drugiej strony, jednak nachodziła mnie czasem ochota, by wziąć sprawy w swoje ręce.
Ale tylko czasem.



Przez kilka godzin sądziłam, że przygarnięcie Crystal było pomysłem genialnym, w końcu mimo że nie miała jednej drugiej swoich palców, które w tym "dzikim biznesie" były wymogiem, to była sprawna fizycznie: pomogła mi w końcu odbić Setha, no i postrzeliwszy Merlina, uratowała mi życie.

W tej chwili czuję, że był to błąd niewybaczalny.

Crystal siedzi na trawie z założonymi rękoma. Po prostu pożera zarówno mnie, jak i Setha, wzrokiem.
-Wytłumaczcie mi- mówi słodko. Mam ochotę rozkwasić jej nos, albo chociaż urwać język, ale tylko sięgam po jedną ze strzał leżącą sobie spokojnie w kołczanie. Głaszczę delikatnie jej grot, znudzona.
Ja nie będę się z niczego tłumaczyć.

-Ale o co chodzi?- pyta Seth, ale przypomina to warknięcie. Nie mam pojęcia, co najchętniej by teraz robił, ale jestem pewna, że nie jest jego wymarzonym zajęciem siedzenie tu, po tym jak Crystal brutalnie go zaciągnęła na tą kłodę.

Brunetka czeka na odpowiedź, ale ani ja, ani on nie zamierzamy jej udzielać. Wstaję, zabierając z ziemi kołczan i łuk. Napinam cięciwę, ale wszystko jest w porządku.

-Crystal ma problemy emocjonalne-oznajmiam, odwracając się do nich plecami. Wieszam łuk na ramieniu i idę w las.
Dosłownie.

Ignorując Crystal, która dość kategorycznie zabrania mi odchodzić, układam sobie w głowie listę rzeczy, które mam do zrobienia/znalezienia.

Pierwsza: Spartan.
Kompletnie nie wiem, co się dzieje z moim najlepszym przyjacielem (nie oszukujmy się, ze zwierzętami łatwiej przyjaźni się niż z ludźmi), a nie chcę, by zginął samotny w męczarniach. Już raz otarł się o śmierć, a nie dopuszczę, by stało się to ponownie.
O ile jeszcze żyje.
Mimo to, przeszukam wszystkie łąki i polany, na których można spotkać jego pobratymców. A nuż i on tam będzie?
Miejmy taką nadzieję.

Rzecz druga: moja torba. Miałam tam rzeczy przez pewien okres czasu niezbędne do przeżycia, jednak nie zostało z nich wiele. Mimo wszystko, sama torba jest przydatna w podróżach i wędrówkach, no i bardziej pojemna niż ta należąca do Setha.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem głodna, a zostawiłam jedzenie na trawie.
Zaczynam złościć się na Crystal. Gdyby mnie nie rozproszyła tym swoim całym memłaniem o różnorakich duperelach, które w dzikim lesie nie miały żadnego znaczenia, to zjadłabym sobie mięso w spokoju.

-Crystal, zabiję cię-mruczę. Postanawiam zejść na łąki, choć nie czuję się komfortowo w dolinach. Ludzie w niebieskim są wszędzie, a teraz zapewne będą jeszcze bardziej upierdliwi i w ogóle nie dadzą mi żyć. Ale czy właściwie kiedykolwiek dawali?

Zbiegam w dół po pagórku, nie zważając na chaszcze i inne gryząco-drapiące, nieprzyjemne dla skóry zarośla. Uważam, żeby nie podskakiwać zbytnio, bo strzały nie są w końcu przyklejone do dna kołczanu.

Krajobraz jest rozkoszny: długa, zielona trawa rosnąca na całej powierzchni, jaką jestem w stanie ogarnąć wzrokiem. Źdźbła są naprawdę wysokie: z pomiędzy nich wystaje mi tylko głowa. Przy urwisku, po drugiej strony polany płynęła sobie rzeka, która miała mnie uratować od śmierci z pragnienia.

Przedzierając się przez gąszcz, rozglądam się cały czas, gotowa na ucieczkę łamaną przez atak. Wypatruję także Spartana, ale raczej go tu nie ma. Mądre zwierzę, które zawsze przybędzie mi na ratunek.

No, prawie zawsze.

Gdy docieram do wody, uświadamiam sobie jak bardzo chciało mi się pić cały czas. Nabieram wody w ręce i piję. Trochę to zajmuje, bo od początku miałam z tym problemy (wiecie, syndrom dziurawych rąk}, ale jakoś, po kilku latach w miarę sobie radzę.

Wracam w bezpieczną gęstwinę, i idę. Nie mam planu, w jakiej kolejności przejść przez łąki, wiem za to, że w moim przypadku żadna z dróg nie będzie wydajna, niestety. To przez mój system chodzenia.

Już dawno zauważyłam, że nigdy nie chodziłam prosto. Zawsze skręcałam, pokracznie stawiając nogi, co było jednym z wielu powodów moich ciągłych wywrotek. Odkąd jednak rozpoczęłam "nowe życie" w lesie, ta wada się skorygowała, dzięki czemu mogłam być bardziej cicha i niezauważalna na polowaniach. Szczególnie przez większe zwierzęta.

Na większe zwierzęta nigdy nie lubiłam polować. Zawsze było mi ich bardzo żal, ze względu na to, że (przynajmniej według mnie) miały uczucia, rodzinę i przyjaciół. Dlatego polowałam na ptaki, które wydawały się być puste. A przynajmniej ich oczy.

Plus-zdecydowanie łatwiej się je łapało.

Poruszam się ścieżką, wydeptaną prawdopodobnie przez grzybiarzy lub innych pazernych ludzi, mających ochotę na owoce lasu. Mi się to nie bardzo podoba, bo zwykle są nieźle zabezpieczeni: już nie raz, siedząc na drzewach i obserwując ich z góry oberwałam nożem. Ale to tylko draśnięcia, bo porównując ich formę fizyczną z moją, równie dobrze moglibyśmy porównać cwałującego Spartana z Cainem.

Ta wizja jest komiczna, ale zastanawiająca: jeszcze nigdy na dobre nie widziałam pędzącego w popłochu komputerowca. To musiałoby być zabawne. Uśmiecham się sama do siebie: nadrobimy, Caine, jeszcze nadrobimy.

W mgnieniu oka docieram do kolejnej polany, kolejny raz pustej: zastanawiam się, gdzie dzikie konie posiadują w dzień. Szybko jednak zaprzestaję rozmyślania, i znów nasłuchuję, bo wydaje mi się, że słyszałam odgłos, jaki wydaje łamana gałązka.

Dlaczego oni zawsze muszą łamać gałęzie? Nie mogliby wskoczyć do rzeki i zrobić "chlup"? Nie, nie mogliby, odpowiadam sobie sama na to pytanie. Teraz to nie mam wiele do powiedzenia, chociaż...

Chociaż. Strażnicy to idioci, którzy, skoro nie wiedzą, że deptanie patyków jest dla mnie znakiem ostrzegawczym i robi naprawdę dużo huku, są łatwi do wyminięcia i pokonania.

Zacieram ręce. Ale będzie zabawa.

Od razu, pędzę w stronę drzew, taksując je wzrokiem. Nie wybieram najwyższego, tylko to najobficiej obrośnięte liśćmi.
Wchodzenie z łukiem na drzewa nie należy do najwygodniejszych, ale daję sobie radę. Ostrożnie dobieram gałęzi, by nie pękły, a ja nie spadła. Upadek z takiej wysokości groziłby co najmniej złamaniem.

Gdy już jestem w zaobserwowanym wcześniej miejscu, wyciągam strzały i głaszczę je po grotach, tak jak to robiłam z tą przy ognisku.

Siedzę i patrzę.

Jeden niebiesko-mundurowy człowieczek kręci się bez sensu przy rzece, tłumacząc coś drugiemu niebiesko-mundurowemu człowieczkowi. Ten drugi wymachuje rękami bez ładu i składu, drąc się na tego pierwszego.
Oświeca mnie. Znam ich!

Ten, który nie może ustać w miejscu, to Jill, którego poznałam z Sethem wtedy w krzakach. A drugi, a raczej druga, to ta wredna ladacznica Penny.

Zemsta będzie słodka. Jilla mogę jeszcze oszczędzić, bo co jak co, ale jego to nawet polubiłam. Ale Penny... Penny przecież chamsko chciała mnie zabić. Ja jej tego płazem nie puszczę.

Zastanawiam się, czy z takiej odległości uda mi się ją zestrzelić. Nie ma wielkiego wiatru, ale nie sądzę, by była to inteligentnie i dokładnie przeprowadzona akcja, więc ją zaniechuję. Poczekam, aż sama do mnie przyjdzie.

Siedzę i siedzę w nieskończoność, więc ignoruję ich (dalej kłócą się o jakieś duperele), schodzę z drzewa i spokojnie wędruję sobie dalej. No, prawie spokojnie.

Po wykonaniu trzech kroków czuję, że coś jest nie tak. Spoglądam za siebie, i widzę... Penny.
Penny?! Z jakiej... Co...? Jakim cudem się tu znalazła? Przecież w takim tempie nawet ja nie dałabym rady do niej dobiec z drugiego brzegu!

Nie mam czasu na rozmyślania, bo blondynka rzuca się na mnie z czymś ostrym w ręce. Trzyma nożyk, chociaż gdybym była nią, wybrałabym jakieś bardziej efektowne narzędzie.
Widać, proste a skuteczne, bo tnie mi czoło całkiem głęboko. Krew mnie zalewa (dosłownie), a to tylko dlatego, że miała element zaskoczenia. ^&*% element zaskoczenia.

Nie czekam z rewanżem.

Szybko przerzucam ją na plecy, a krew z mojego czoła ścieka prosto na jej.
-Już wyglądasz jakbym cię pokiereszowała- syczę, wyjmując strzałę z kołczanu. Zaciskam palce na wklejce. -Poniżyłaś mnie- mruczę, przesuwam strzałę wzdłuż jej głowy. -A ja nie lubię być poniżana.

W akcie ostatniej zemsty, wbijam ją w ramię Penny, teraz totalnie spanikowanej.
-Penny...-jej imię wymawiam jak obelgę, którą właściwie jest. Nienawidzę jej.-Penny, oszczędzę ci życie, mimo że ty nie oszczędziłabyś go mi. Zapamiętaj jedno-dla zwiększonego efektu naciskam na osadę jeszcze bardziej.- Jesteś osobą, która zrobiłaby dla tego szmatławca wszystko. Ale dlaczego?-ona nie płacze. Właściwie wcale nie spodziewałam się rzewnej reakcji na moje słowa.-To przez honor.-kontynuuję.-Ale honor to nie wszystko.

Zostawiam ją ze strzałą wbitą w ramię, i uciekam. Słyszę, że Jill do niej dobiegł. Teraz coś krzyczy, słowa wydobywające się z jego ust są po prostu straszne.  Ignoruję go, ignoruję ją. Ignoruję ich wszystkich.

Zdenerwowała mnie. Swoim zachowaniem potwierdziła ślepą wiarę w postępowanie Merlina. Idiotka. Pustostan. Ale wtedy zdaję sobie sprawę, że zrobiła coś, czego ja nie byłabym w stanie zrobić.

Walczyć dla człowieka, którego zasad zapewne nie znała.

Walczyć dla człowieka, którego zasad nie rozumiała.

Walczyć tylko dla tego, że zapewne wypowiedział tylko jedno zdanie.

Znajdź ją i dostarcz żywą.

4 komentarze:

  1. Fajny blog :)
    Oczywiście obserwuję i zapraszam do mnie :)
    http://imagesoflovee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra, co prawdy nie rozumiałam za wiele, bo nie przeczytałam wcześniejszych rozdziałów, ale już mi się spodobało. Czytając tekst, przypominał mi klimat Igrzysk Śmierci i strasznie mi się spodobał. Lubię czytać takie opowiadania. Jednakże, żeby być bardziej rozeznaną w fabule, muszę nadrobić wcześniejsze rozdziały, które za niedługo pewnie przeczytam.


    Stephen Rochester od kiedy opuścił Hogwart uparcie starał się zapomnieć o przeszłości i chronić przed nią bliskich. Nie wiedział jednak, że jego córka Cassandra znajduje się niebezpiecznie blisko odkrycia prawdy. Co się stanie, gdy młoda krukonka wpadnie w te same sidła, co jej ojciec za młodości? I czy zemsta na słynnym Harrym Potterze okaże się słuszna?
    venenatis-sermones.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładnie piszesz, podoba mi się twój styl, na prawdę.
    Zapraszam do mnie:
    http://strefa-marzen.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzeba brać sprawy w swoje ręce :) Ja muszę..
    Bardzo fajnie piszesz :D
    http://mylstyles.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń