wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział II [Kraina mlekiem płynąca...Nie?]



Próbuję uporządkować myśli, ogarnąć to wszystko w jakiś sposób. Zastanawiam się, JAK dotarłam do groty. Wiem jednak, że nie przestaną szybko patrolować terenu i w pewnym momencie będę musiała sobie z nimi poradzić. Broń trzymam blisko siebie, odblokowaną. Tak na wszelki wypadek.

Rozglądam się po skrytce niezadowolona: jest ciasna, niska i mokra. Mimo że jestem przyzwyczajona do takich warunków to niezbyt satysfakcjonuje mnie przebywanie w takim miejscu choćby minutę dłużej.

Spoglądam spode łba na Setha. Krew zakrzepła, ale nie obudził się. Wypatruję czegoś, co mogłoby mi się przydać. Znajduję.



Skórzana torba. Jak mogłam jej nie zauważyć? Jest rozmiarów mniej więcej takich jak moja. Ostatni prezent od Tony'ego. Nie mam czasu na wspominanie, zresztą... było, się skończyło. Rozpinam rzep i osłupiała wpatruję się w zawartość: trzy opiekane kanapki z serem żółtym, czekoladowy baton i butelka pełna mleka. Wydaje mi się to dziwaczne, w końcu po co mu mleko? Nie waham się jednak długo. Łapczywie odkręcam zakrętkę i piję. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam w ustach biały, pyszny płyn.

Jako dziecko kochałam mleko, piłam je bez przerwy. Było ze mną zawsze: odkąd się urodziłam, do moich dziesiątych urodzin. Dzień w dzień, tydzień w tydzień.

-Pij- słyszę męski głos- Dobrze ci zrobi.- jego głos ocieka jadem.

Nie po raz pierwszy czuję, jak bardzo nienawidzę ironii, choć sama się nią posługuję. To moja jedyna linia obrony, choć w starciu z wilkiem raczej nie będę sobie mogła pozwolić na wydawanie dźwięków.

Ostrożnie odkładam butelkę do torby. W oczach chłopaka widzę niepewność zmieszaną ze złością.

Też bym się wkurzyła, gdyby ktoś zabrał mi mleko.

Przyglądam się chłopakowi- po raz pierwszy otwarcie. Omiatam wzrokiem jego twarz, koszulę, nogi. Po chwili wysuwam wniosek.

-Idziemy.

-Co?

-No, musimy iść na górę. Mam apteczkę.

Potrząsa głową w geście niezrozumienia. Wzdycham.

-Z tak poharataną głową na niewiele mi się zdasz.

Uśmiecha się. Szelma.

-Naprawdę? Jak mi pomożesz, wtedy trudniej będzie ci mnie tu zatrzymać.



Teraz ja szczerzę zęby.

-Będzie więcej zabawy.

Po kilku minutach dalej nie dochodzimy do porozumienia. On zastanawia się, dlaczego moje podejście do niego jest takie, jakie jest, a ja zastanawiam się, dlaczego jego to dziwi. W końcu jednak to on jest moim zakładnikiem, więc najgrzeczniej jak umiem rozkazuję mu z łaski swojej się ruszyć.

Wychodzimy z groty. Pistolet trzymam przy jego czaszce, torbę przewiesiłam sobie przez ramię. Idziemy przez wzgórza, gdy nagle słyszę znajome rżenie.

-Cześć, Spartan- mruczę. Koń odprowadza nas do jaskini, wchodzi razem z nami i kładzie się.

Seth stoi nieruchomo, gdy obwiązuję mu głowę bandażem. Nie mam pojęcia, co się dzieje w jego głowie. Pewnie jest wściekły. Zły. Wątpię, by chciało mu się płakać.

Rozpalam ognisko i ogrzewam zziębnięte dłonie. Wiem, że chłopak nie ucieknie. Jest zbyt dumny, żeby zwiać: przynajmniej tak mi się zdaje.

W głębi jaskini jest miło i dość przytulnie. Spędzam czas na grzaniu się przy płomieniach, które budziły mnie rankiem i budzą każdego dnia. Zapominam wygasić palenisko, choć już kilka razy wywołałam pożar. Widocznie nie uczę się na błędach.

Chłopak, jakby na wyraz buntu, siedzi na skraju skały. Nie krzyczy. Nie wymachuje rękami. Nie błaga o pomoc.

Dlaczego?

Próbuję oczyścić umysł i zająć się swoimi sprawami, ale nie mogę. Nie zadaję bólu ludziom, choć wszyscy sądzą inaczej.

Wyjmuję z kieszeni resztkę pieczonego bażanta. Z torby wyciągam mleko i chustki. Mleko jest w szklanej butelce, podgrzewam je przez chwilę. Najciszej jak umiem podchodzę nad skraj groty. Bez słowa kładę butelkę i bażanta obok Setha. Nie rusza się. Nic nie mówi. Otacza nas przejmująca cisza. Jego wzrok utkwiony jest w koronie najwyższej sosny. Siadam obok niego: może to błąd, może zachowuję się głupio. Obejmuję kolana i nie odzywam się. W dole widać latarki, słychać okrzyki.

Nie reaguje. Ja również.




Jeśli patrzeć z tej perspektywy, to jesteśmy do siebie podobni.






1 komentarz: