Wyszłam z chaty. Bez łuku, bez procy, bez spluwy. Po prostu- o własnych nogach, spokojnie, całkiem wyluzowana. Nie powinno tak być. Miałam na głowie gliny z całej okolicy plus syna, którego bez sensu porwałam.
Moja inteligencja mnie przeraża.
Tak nie powinno być. Powinnam siedzieć sobie z rodzicami w domu, wcinać pełnymi łyżkami nutellę i grać w gry, jak wszystkie współczesne dzieci. W końcu trzeba nadrobić stracone czasy dzieciństwa.
Gdyby ktoś kiedykolwiek powiedział mi, że wyląduję w więzieniu, zaśmiałabym się i puściła to mimo uszu. Teraz wiem jednak, że los to nie bagatela.
Zastanawiam się, jaka temperatura panuje na dworze. Jest dosyć ciepło, a pomyśleć, że dwa, trzy dni temu musiałam ogrzewać ręce okute w rękawiczki oddechem Spartana.
Trzy dni temu.
Przestałam liczyć czas już dawno: nie był on największym problemem. Życie bez zegarków, ograniczeń, wyglądało całkiem inaczej, niż to poprzednie: gdy bałam się, że spóźnię się do szkoły.
Idę wbrew sobie prosto do źródeł rzeki. Nie chce mi się pić, ale mimo wszystko... Zastanawiam się również, czy Seth już zwiał. Całkiem zgłupiałam. Miał wiele okazji, żeby uciec, tak wiele, że mógłby zrobić to co najmniej kilkanaście razy.
Jednak nie.
Każdy ma wolny wybór. Jeżeli on chce tu zostać, to ja mu bardzo jasno wyperswadowałam wszystkie warunki. Nie będę go do niczego zmuszać.
Brzmi to dziwnie, patrząc na moje czyny.
Pogrążona w rozmyślaniach, docieram do źródła. Słyszę za sobą kroki, ale już nawet nie odczuwam strachu. Wiem, że to Seth, poznaję po dźwięku, jaki wydaje. Wzdycham i zdejmuję kurtkę. Jest stara i zniszczona, ale ciągle tak samo ciepła. Spoglądam na moją bluzkę, całkiem zapomniałam, jak wygląda. Wszystkie ubrania bowiem znajdowałam w pojemnikach, do których wrzucało się je- specjalnie dla ubogich. Nie było chyba nic w tym złego, w końcu byłam uboga.
Siadam na ziemi i wsłuchuję się w szum lasu. Krzyżuję nogi. Mimo, że mam zamknięte oczy wiem, że Seth siedzi obok mnie.
Otwieram jedno oko. Chłopak patrzy na mnie, a jego szare oczy błyszczą.
Jednym ruchem ręki zasłaniam sobie twarz woalką z moich rudych włosów. Zastanawiam się, co mam z nimi zrobić. Nie chcę ich obcinać, to jedyna pamiątka po mamie, ale i tak zastanawiam się, czy w jakikolwiek sposób kiedyś uda mi się je rozczesać. Nie czesane od dobrych dwóch dni, są w tak górnolotnie beznadziejnym stanie-ostatni dzwonek, żeby to zrobić. Są upaciane błotem i tłuste.
Opuszczam je w dół, prosto do strumyka.
Temperatura rośnie- czuję to. Nagłe wahania nie są dla mnie żadną nowością, jednak nie lubię, gdy tak się dzieje. Szczególnie, gdy muszę umyć włosy, stała temperatura mi służy.
Opłukuję je i szoruję. Już niedługo zrobią się bardziej miękkie i puszyste. Niby nie są ważne, ale co lepszego mam do roboty, gdy jestem sama?
Poprawka.
Miałam.
Seth przygląda mi się cały czas. Nie mam pojęcia, dlaczego to robi.
Gdy dokańczam dzieła, Seth nagle wstaje. Patrzę na niego pytająco. Nie potrzeba jednak wiele czasu, bym usłyszała to, co on.
W ostatniej chwili rzucam się w krzaki.
Zza drzew wyłania się para ludzi: kobieta i mężczyzna. Kobieta ma krótko ostrzyżone blond włosy i wydaje się zdenerwowana i rozdrażniona. Mężczyzna patrzy na świat spod okularów: oboje mają niebieskie mundury strażników.
-Czego właściwie tu szukamy?-pyta mężczyzna. Widać, że nie bardzo uśmiecha mu się chodzenie po lesie.
-Tego małego rudzielca- syczy kobieta. Nie trzeba być geniuszem, by wywnioskować, o kogo chodzi.
-I co? Liczysz że go znajdziemy?- chichocze strażnik.-Dajmy małej spokój.
Już go lubię.
-Ha! A więc tak?
-Tak! Nie rozumiem, jaki wszyscy macie z nią problem. Mogliście oskarżyć o to każdą inną osobę.
-Naprawdę?
Że co proszę?
-Wszyscy wiemy, że stary, dobry Merlin ma dobre stosunki z Rapidayem. Pech w tym, że ma u niego dług: dwieście ton bezcennych diamentów. I wiesz, co jeszcze? -syczy kobieta.
-Nie.
-No więc słuchaj- rodzice tej małej ladacznicy byli przecież antyterrorystami. Nie było zagadką, że Rapiday szybko się z nimi rozprawi. Ale Merlin nie chce zginąć, więc spłaca Rapidayowi dług w taki sposób-nie wtrąci go do więzienia.
-W zamian za klejnoty?
-Tak.
Jestem osłupiała, tak samo jak Seth. Czuję, że jego mięśnie są napięte, jak u zwierzyny, która szykuje się do ucieczki, a z takimi do czynienia mam często. Identycznie, jak królik, który właśnie wyskakuje z krzaków i robi hałas.
Kobieta od razu wyjmuje pistolet. Patrzy prosto na nas.
-Penny, nie rób z siebie głupca-mówi mężczyzna. Penny unosi brwi.
-To ty nie rób, Jill.
Uciekajmy, mówię bezgłośnie. Tak, brzmi to głupio, ale nie wiem, jak powiedzieć to inaczej. Seth kiwa głową. Sięga do kieszeni i podaje mi pistolet.
Na trzy. Raz, dwa...
Trzy.
Seth wyskakuje z krzaków, ja za nim. Jill nie orientuje się, co się dzieje; Penny tak. Błyskawicznie naciska spust.
Biegnę przed siebie najszybciej, jak potrafię.
Gdy już jesteśmy dobry kilometr od tamtych dwojga, coś się dzieje. Seth spogląda na mnie z uwagą.
-Co jest?
Co? Nic. Chcę odpowiedzieć, ale... n i e m o g ę. Łapię się za krtań i patrzę pytająco na Setha. Dopiero teraz czuję okropny ból w kostce.
Adrenalina. Jak zwykle dodała mi siły w momencie, w którym potrzebowałam jej najbardziej.
Szkoda jednak, że nie działa dłużej, bo nie mija chwila, a czuję, że serce nie nadąża pompować krwi.
Bez czucia osuwam się na ziemię.
No wreszcie piąty rozdział.Fajny:) Czekamy na ciąg dalszy...
OdpowiedzUsuńO cholera :O Jak dla mnie jest za krótko :'( Ledwo zaczęłam czytać i już skończyłam... ale jest świetny!!! Nadrabiasz jakością, bo mimo pominięcia kilku znaków polskich jest świetne ;D
OdpowiedzUsuńA szablon ... O mamuniu! jak ja wielbię fantasy *o*
Ahh, już wiem dlaczego ;D Tak to jest, gdy klika się usuń formatowanie ;p PS. Postaram się pisać dłużej, ale wolę krócej i o wieeele więcej rozdziałów ;p
Usuń+ szablon od cudownej Christel, love <3
UsuńKiedy następny rozdział? Zdradzisz, jak będą wygladały stosunki między Florence i Sethem? Bardzo mnie to ciekawi. P.S. Ciekawa fabuła ;)
OdpowiedzUsuń