środa, 29 maja 2013

Rozdział X [Blondynek]



Tia, to wygląda jak jeden BIG dialog, ale już trudno, może jutro uda mi się nabazgrać cuś więcej. Bye, Sjan.

***

Otwieram oczy i je zamykam. Jakby to było pomocne. Nie jest, oczywiście. Dlaczego nie może mi być łatwiej? Mam coś, chwila potem tracę. Gdyby było inaczej...

Nie jest.

Leżę na kanapie i myślę. Jakaś uparta sprężyna wbija mi się w plecy. Nienawidzę jej.

Seth, do jasnej ciasnej, dlaczego to zrobiłeś? Co ci strzeliło do twojego pustego łba? Wiedziałeś, że to nie wypali, więc JAKIM SPOSOBEM to zignorowałeś?

Zginął?

Wątpię. Znał ten zakład jak własny dom. Nic nie mogło go powstrzymać.

Gwałtownie prostuje się.

Nic, oprócz jednej rzeczy. Albo jednej osoby.

Generał.

Znalazł go? Co z diamentami? Kazał mi uciekać. Nie chcę. Nie mam siły. Dość, dość zmykania w las gdy tylko pojawią się problemy.

Spoglądam na stolik stojący naprzeciwko mnie. Supernowoczesny łuk, pistolet i nóż leżą na nim spokojnie, jakby nigdy nic.

Wstaję. Chwytam łuk, przewieszam go przez ramię. Pistolet wciskam za pasek szortów, które znalazłam w szafie pani Leśnikowej. Temperatura robi nagłe skoki, a dziś jest upalnie.

Wychodzę z chaty i kieruję się do stajni, która, tak jak zresztą podejrzewałam, jest pusta. Spartan pewnie włóczy się po lesie, więc nie mam co liczyć na jego miękki grzbiet.

Trudno, pójdę pieszo.

Idę sobie dróżką, rozglądając się dookoła. Ptaki śpiewają przepięknie. Drzewa poruszane lekkimi podmuchami wiatru szeleszczą przyjemnie. Kwiaty na nich zakwitły i jasnoróżowymi płatkami powoli będą pokrywać ziemię.

Zastanawiam się, gdzie idę. Znaleźć Setha. No dobra, cel jest, ale jak go wykonać? Nie pstryknę palcami i nie znajdę go ot tak. Po pierwsze: muszę mu podziękować. A po drugie... Po drugie muszę oddać mu pistolet.

Nie brzmi to przekonująco, nawet w mojej głowie.

Tłumaczę sobie wszystko tym, że dawno nie widziałam człowieka: to właśnie powód, dla którego on stał się dla mnie tak ważny.

Błąd. Przecież widywałam ludzi. Dawałam im bażanty i jagody, wymieniając je na niezbędne mi przedmioty.

Więc dlaczego?

Nie chcę przyjąć do wiadomości faktu, że on był kimś więcej niż jeńcem.

Zamieram. Niewyraźna sylwetka jakiegoś człowieka majaczy na horyzoncie. Co robić?

Po prostu włażę na drzewo.

W razie problemu, właź na drzewo.-myśl inteligentnej mnie.

Facet jest wysoki. Blondyn. Rękawy ma podciągnięte do łokci. Pewnie myśli, że jest fajny.

Matko.

Spogląda do góry.

Cieszę się, że mam refleks. Cięciwa napięta jest maksymalnie, czuję, że jeszcze chwila i pęknie.

-Ktoś ty?-syczę. Ufna osobowość, nie ma co.

Wzrusza ramionami.

-Caine.

-Co tu robisz?

-Szukam Setha.

Denerwuję się.

-Jakiego Setha?

-Merlina.

Ma zielone, duże oczy. Spogląda na mnie ze spokojem.

Opuszczam łuk.

-Nie mnie?

Unosi brwi.

-A czego miałbym szukać CIEBIE?

Nie wiem co odpowiedzieć.

-Właśnie, czemu...?-wychodzę na głupią.

Nie zejdę z drzewa. Nie teraz.

Nie lubię wychodzić na idiotkę.

-Jak chcesz, możemy poszukać go razem.-mówi.

-Skąd wiesz, że go szukam?

Wzrusza ramionami.

-Jestem wróżką. Taką małą, wiesz.

Szał. JA mam prawo używać ironii. On NIE.

-Wiesz, że mam pistolet, łuk i nóż?

Uśmiecha się ironicznie.

-Taa, nie zauważyłem, że strzałę mam prawie przy nosie.

To tyle, jeśli chodzi o moją przebiegłość.

-I że w każdym momencie możesz dostać kulę w łeb?

-Ta.

Jest znudzony.

-Podaję się.

Uśmiecha się.

-I bardzo dobrze.

1 komentarz:

  1. No rozdział super,tak jak cała reszta.Dobra kompozycja.Dobrane wyrazy.Wciągające i ciekawe.Pisz dalej...Bardzo się mi podoba...
    Pozdro...xd

    OdpowiedzUsuń